"...ty nieco szalona, cóż, żona to żona..."

romansidła

Markomanki sprawozdanie z najszczęśliwszych chwil ;)

Postanowiłam pochwalić się tymi wszystkimi miłymi rzeczami, które mnie spotkały. Z reguły nie opisuję tu niczego w typowo pamiętnikowy sposób, ale tym razem nie mogłam sobie odmówić pochwanienia się. Gdybym zaczęła zbytnio przynudzać, przymknijcie oko i opuśćcie kilka linijek.;-)

Wieczór panieńsko - kawalerski ;D
Giedlarowa, czwartek 2 lipca.
Siedzimy w domu jednej ze szwagierek (mam 4 :D) i raczymy się mocnym trunkiem.:-D(nie będę robić kryptoreklamy, bo to nie jest komercyjny blog :-])

Potem idziemy z Mareczkiem na dyskotekę w domu kultury. Wchodzimy na salę... a tam zupełnie pusto! Mamy dla siebie cały parkiet. :-D Stopniowo schodzą się ludzie i stojąc pod ścianą patrzą. Na co? Może na moją krótką czerwoną sukienkę. Ale chyba nie było mi widać majtek gdy robiłam szalone obroty? ]:-> Minęło jakieś pół godziny gdy w drzwiach pojawili się nasi świadkowie. :-) Od razu ruszyli w tan, szalone podskoki trwały niemal do północy (kiedy to zmęczenie nas nieco zmogło, a muzyka była mniej skoczna i taneczna niż na początku). Czasem ktoś jeszcze odważył się wejść na parkiet, ale przeważnie był on tylko nasz.:-D
Oczywiście dyskoteka to nie koniec, ale przyzwoitość nakazuje milczeć o tym, co było dalej. ]:-> :-D

Piątek - wigilia :-)
Strojenie sali (tu szczególnie dziękuję Szwagierkom i Emilii i jej towarzyszowi :-)), odbiór kwiatów, malowanie paznokci (u kosmetyczki - pierwszy raz skorzystałam z takiej usługi, żeby się potem nie denerwować, że coś mi nie wychodzi), spotkanie z woźnicą, próba orkiestry i ostatnie ustalenia... Szaleństwo. Wreszcie sen, krótki, ale dobrze, że w ogóle. :-)

serce Sobota - ten najpiękniejszy dzień serce
Fryzjer, kosmetyczka, wizyta na sali, wreszcie ubieranie (tu dziękuję Kuzynce :-)) i radosne oczekiwanie. Lekka trema, ale większa radość. Fryzura była tak piękna, że szkoda mi było zasłaniać ją welonem. ;-)
Zaczęli się zjeżdżać goście z Warszawy, potem przybył fotograf i zespół, który radosnymi marszami wywoływał pozytywne emocje. Zaczęła się sesja fotograficzna. :-)

Wtem usłyszeliśmy radosne dzwoneczki i śpiew woźnicy. Przybył Pan Młody! Przystojny, pięknie ubrany, uśmiechnięty i spokojny, bez śladu tremy. ;-) Przepiękny widok dla moich oczu! (*-*)

Powitanie, przypięcie butonierki, rodzicielskie błogosławieństwo, oczywiście nie bez melodii „Serdeczna Matko"... I w drogę. Pan Młody pomógł mi usadowić się na siedzeniu bryczki, po czym objął mnie ramieniem i ruszyliśmy do kościoła. Ciekawi sąsiedzi stali przy płotach i oknach. Wymiana uśmiechów, czułych słów, machanie do obserwujących...

Ale gdzie są bramy? Nikt nie chciał nam zrobić ani jednej? Nie wierzę w przesądy, ale co to za wiejskie wesele bez bram? Trudno, najważniejsze, że jest przy mnie mój Narzeczony i czule do mnie szepcze, spogląda w oczy, trzyma za dłoń... (*-*) Aż tu niespodzianka! Pod kościołem stoi spora grupa kolarzy. Skąd się wzięli? Potem się dowiedziałam, że to byli pielgrzymi jadący z Rzeszowa do Wilna. Akurat mieli postój na obiad. Na ścieżce szybko wylądował jakiś rower blokujący drogę do kościoła. Zaśpiewano nam „Sto lat" i „Życzymy, życzymy". Posypały się w zamian cukierki, nie zabrakło również czegoś mocniejszego. ;-)



Teraz bez przeszkód mogliśmy pójść do kościoła. Orkiestra zagrała marsza. Przywitał nas ksiądz wikary (kapłan, którego chcieliśmy nie mógł przybyć), na wejście zagrał nasz organista. Siostra (mimo kłopotów, jakie z nią mieliśmy) pięknie ułożyła kwiaty, liturgia była sprawowana uroczyście i bez pośpiechu. Kolega przeczytał czytanie, koleżanka modlitwę wiernych. Zabrakło Oli, więc psalm przypadł organiście, ale ten się też postarał, słyszałam to. :-] Ksiądz skierował do nas typowo ślubne kazanie (nie tak jak na uroczystości kuzyna, gdzie mówił tak uogólnione rzeczy, że nadałoby się to na niedzielę, święto, dzień powszedni i każdą inną okazję). Słowa przysięgi powiedzieliśmy sami, bez powtarzania za księdzem, patrząc sobie prosto w oczy. Podobnie było z nałożeniem obrączek. Trema nie dała o sobie znać i nie spłatała nam figla. 0:-) Orkiestra zagrała na komunię „Amadeusza" - chłonęłam łakomie każdą nutę (to był zawsze mój ulubiony kościelny utwór). Inne pieśni i utwory też wyszły przepięknie: „Intrata" dodała majestatu chwili Przeistoczenia, „Czarna Madonna" towarzyszyła modlitwie w kaplicy Matki Bożej, a marsz Mendelsona wspaniale rozbrzmiewał gdy wychodziliśmy z kościoła już jako mąż i żona...

Teraz chwila na życzenia i „Sto lat" od orkiestry, która potem grała radosne marsze. Wreszcie pamiątkowe zdjęcie (obiecałam kapelmistrzowi odbitki :-]) i droga do restauracji. Nie obyło się bez kilkakrotnego okrążenia ronda. :-D Powitanie chlebem i solą, dwa rozbite kieliszki i „próba siły" Pana Młodego. :-] (chodzi oczywiście o wniesienie mnie do domu weselnego :-)). Pierwszy toast, pierwszy mężowski pocałunek (*-*) (na osłodę wódki :-D), pierwszy taniec (członkowie zespołu specjalnie dla nas nauczyli się tej piosenki i wykonali ją naprawdę pięknie, nastrojowo)... Potem sesja zdjęciowa (jak dostaniemy płytę, to się pochwalę;)) i szalone zabawy. „Jesteś szalona" z dedykacją dla panny młodej od kolegów z orkiestry. :-D „Jedzie pociąg" (prowadzony przez Pana Młodego, nawet wyjechał z sali na zewnątrz :-]), nieśmiertelne „Kaczuszki", tańce z weselnymi gośćmi... Wreszcie tort i oczepiny. Rzuciłam podwiązką. Ten, kto złapał krawat musiał ją założyć „nowej pannie młodej" i zatańczyć z nią. Dalej zabawy i podziękowanie rodzicom ze sztandarową piosenką „Cudownych rodziców mam".

Niebawem nadszedł koniec przyjęcia. Suknia zniszczona, bo podpięcia zaczęły puszczać, ale pani młoda i tak zadowolona.
A to jeszcze nie koniec...

Pan Młody zabrał mnie na tę szczególną noc przygotował dla mnie kilka niespodzianek. (*-*) Zabrał mnie do jednego z hoteli w Leżajsku (przypominam, że reklamy zostały wycięte :-]). Na dodatek zamówił pokój, na który często patrzyłam przechodząc obok. Tzn. patrzyłam na okna, które są umieszczone w półokrągłej wypukłości fasady. Za każdym razem spoglądając na nie zastanawiałam się jak ładnie musi być w środku. I było. :-)

Na wielkim łożu czekała piękna koszula nocna, a na niej otwarte pudełko z kompletem srebrnej biżuterii. Tak, na pamiątkę nocy poślubnej dostałam od męża bransoletkę i naszyjnik! (*-*) Gdy byłam zajęta podziwianiem prezentów mój małżonek wyjął z lodówki naszego ulubionego szampana (o tym też pomyślał), by wypić nasze zdrowie. :-) (tu może nadmienię, że nie byliśmy pijani - na weselu wypiliśmy tylko po 3 kieliszki wódki właśnie po to, by wszystko pamiętać i przeżywać w pełni świadomie :-))

Co dalej? Przyzwoitość nakazuje zachować to w słodkiej tajemnicy.
;-)(*-*)serce


***
Przepraszam, że tak kiepsko z mojąobecnością tutaj, ale dziś nad ranem była burza. Piorun strzelił blisko nas i uszkodził router. Nie mamy więc normalnego dostępu do internetu. Ratuję się telefonem, którego używam jako modemu, ale takie łącze jest bardzo słabe, więc mam naprawdę ograniczone możliwości (kilkakrotnie próbowałam opublikować ten wpis i przerywało mi połączenie - co za złośliwe maszyny!]:-/). Teraz jestem w domu moich rodziców, to wreszcie piszę. Mam nadzieję, że sytuacja taka nie potrwa zbyt długo, usterka zostanie naprawiona i że będę mogła  Was wreszcie poodwiedzać.

Zapewniam, że pamiętam o Was wszystkich. Dziękuję za serce, pamięć, życzenia i odwiedziny. Ściskam Was wszystkich i każdego z osobna!
:-)@)-->-->--serceserceserce@)-->-->--:-)